November 22, 2010 - Posted by Catalina - 0 Comments
Po raz kolejny was zaniedbuję, ale ja po prostu nie mam czasu! Dni mijają tak szybko, że nawet się nie obejrzę, a z poranka robi się wieczór. W zasadzie to żyję od poniedziałku do piątku, od piątku do poniedziałku, do piątku i tak w kółko. Reszta dni po prostu gdzieś ginie i nawet nie wiadomo gdzie. Poniedziałek, bo początek tygodnia, piątek, bo początek weekendu. Wydawać by się mogło, że to ten wymarzony piątek, bo w końcu będzie można się wyspać, a tu okazuje się, że nie. Wiadomo, nie jest to środek tygodnia, gdzie trzeba iść na zajęcia, ale mimo wszystko uczyć się trzeba, tym bardziej, że za miesiąc ważne końcowe egzaminy, a ja czuję, że coraz mniej umiem (^^) , pograć też i okazuje się, że na spotkanie ze znajomymi już za wiele czasu nie zostało, nie mówiąc o prawdziwym wyspaniu się. Ale nie będę narzekać. Wszystko zaczyna się powoli układać, chyba okres zaklimatyzowywania się w tym jakże wielkim mieście na drugim końcu świata powoli się kończy. Może jest to związane z tym, że w końcu po 2,5 miesiąca przenoszenia się z mieszkania do mieszkania mam w końcu swój własny kąt, gdzie mogę spokojnie usiąść i chociażby pogapić się w okno, bo mam święty spokój i nikt mi w tym nie będzie przeszkadzał. Co prawda dalej nie jestem w stanie znaleźć połowy swoich rzeczy, bo jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego, gdzie co jest, nie wspominając o kuchni, w której zawsze spędzam najwięcej czasu, bo zrobienie herbaty jest dość długo trwającą czynnością. Trzeba przejrzeć milion szafek zanim trafi się na kubek, torebkę z herbatą, łyżeczkę, cukier i inneJ W zasadzie to mnie to nawet trochę bawi. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaic … chociaż nie. Do pewnych zachowań chińczyków chyba nigdy się nie przyzwyczaję, ale o tym innym razem.
Może lepiej jest dlatego, że poznałam ostatnio sporo ciekawych ludzi, Polaków, nie Polaków, z którymi można miło spędzić czas. Nie czuję się tu już po prostu taka samotna. Zawsze jest gdzie wyjść, jakoś zorganizować sobie czas. Większą grupą udać się na wycieczkę, albo impreze, a tam tak jak ostatnio wystarczy mówić po polsku, żeby podszedł do Ciebie ktoś, kto jak się okazuje też jest Polakiem i usłyszał jak mówisz w ojczystym językuJ I tak się właśnie tworzą nowe znajomości, potem znajomi znajomych i znajomi znajomych znajomych … J
Pogoda dalej wspaniała, ponad 10 stopni, piękne słońce, nie pamiętam już kiedy ostatnio padało. Co prawda czasem wiatr zrywa się taki, że głowę może urwać, ale da się to jakoś przeżyć.
Okres świąteczny w Pekinie mogę uznać za otwarty. Co jakiś czas można spotkać pięknie przystrojoną choinkę, w Starbucksie puszczają świąteczne piosenki i sprzedają cudne reniferowe kubki. My osobiście też otworzyłyśmy sezon puszczając wczoraj na cały regulator „Last Christmas” i planując świąteczne spotkanie z choinką, prezentami, świątecznym karaoke i obowiązkowym „Kevinem samym w domu”, bo przecież Święta bez Kevina to święta stracone !!! Nawet w Chinach J
Byłam też ostatnio na łyżwach, nie zabiłam się, nawet ani razu nie wylądowałam tyłkiem na lodzie, a to, uwierzcie mi na słowo, wielki sukcesJ W przyszłym tygodniu zamierzamy wybrać się na Squash’a czy jakkolwiek inaczej się to pisze. Biorąc pod uwagę, że to będzie moje pierwsze bliższe spotkanie z tym sportem, to jestem lekko przerażona. Cały czas mam wrażenie, że ta mała piłeczka coś złego mi zrobi, a wolałabym jeszcze trochę pożyć.
Wczoraj byłam na pierwszym w moim życiu balu, takim z prawdziwego zdarzenia. Mimo początkowych wątpliwości, że będę się potwornie nudzić i będę jedyną osobą w moim wieku, to bawiłam się świetnie. Ci wszyscy ludzie ze średnią wieku 40+ byli przecudowni, a widok tego, jak wspaniale się bawili był bezcenny! Poproszę jeszcze razJ Czasem trafia mi się okazja fajnego wyjścia, na początku jestem mocno na nie i przyznam się szczerze, że nigdy mi się nie chce chodzić na takiego typu imprezy, a potem jak się okazuje zabawa jest rewelacyjna i nastepnego dnia dziękuje osobom, które prawie siłą wyciągają mnie z domu, bo na pewno żałowałabym długo, że miałam okazję, a jej nie wykorzystałam.
Co do Chińczyków … ech dalej mnie wkurzają. Nienawidzę tego jak charczą i plują na ulicy, zawsze się zastanawiam kiedy to coś wyląduje na mnie, na szczęście jeszcze mi się to nie zdarzyło … nienawidzę, jak w metrze nie mogą kulturalnie wyjść tylko bez opamiętania pchają się tak, że prawie się przewracasz, a potem zamiast szybko iść to wleką się jak żółwie i zajmują przy tym całe przejście w taki sposób, że nijak nie da się ich wyminąć. Nienawidzę tego, jak siedzę przy stoliku, chcąc spokojnie przejrzeć menu, a Pani prawie nade mną wisi, bo ona już teraz, w tym momencie musi przyjąć zamówienie, co skutkuje tym, że albo wybieram kolejne 20 minut, żeby zrobić na złość albo się tak spieszę, że tak właściwie nie wiem nawet co zamówiłam. Nienawidzę tego, jak w sklepie nie można spokojnie pooglądać produktów, ubrań, bo Pani też nad tobą stoi, mówiąc do Ciebie milion zdań po chińsku i nie obchodzi ją to, że ty nic z tego nie rozumiesz! W pewnym momencie masz dość i wolisz wyjść ze sklepu niż dalej czegoś szukać. Czego jeszcze nienawidzę … ach no oczywiście tego ciągłego gapienia się. I jakiegoś takiego rodzaju nie wiem czego, chamstwo to za duże słowo. I np. tego, że siedzisz sobie w metrze, a ktoś jak gdyby nigdy nic robi Ci zdjecie … to nie jest fajne. To już chyba wszystko czego na chwilę obecną nienawidzęJ Jaki na to sposób? Nie denerwować się … policzyć spokojnie do 10, wziąć głęboki oddech, uśmiechnąć się i iść przed siebie. Jak już przychodzi taki moment, że liczenie do 10 nie wystarcza, to się delikatnie przeklnie, weźmie 3 głębokie oddechy i też się idzie dalej. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy, trzeba je po prostu zaakceptować, ale czasem jest to naprawdę trudne.
W tym momencie się z wami pożegnam i grzecznie wrócę do nauki. Nie wiem kiedy będzie następny post, bo w ten weekend znowu nie będę miała czasu. Na szczęście nie z powodu nauki tylko tego, że trzeba poświętować własne imieniny, a potem porządnie odespać ostatnie 3 tygodnie. O tygodniu nie wspominam, bo tu znaleźć chwilę wolnego to czynność granicząca z cudem. Tak więc ściskam was najmocniej jak potrafię i do napisania wkrótce!
October 29, 2010 - Posted by Catalina - 4 Comments
Witam wszystkich i z góry chcę przeprosić za moją długą nieobecność, ale w tym miesiącu, który o dziwo już się kończy, dużo się działo. Nie będę wam streszczać wszystkiego szczegółowo, bo to nie ma sensu, ale napiszę mniej więcej co się u mnie działo.
Zacznijmy od początku. Od 1 do 10 października Chińczycy mają święto narodowe co było jednoznaczne z tym, że miałam 10 dni wolnego. Pogoda była w miarę ok., więc postanowiliśmy pojechać na małą wycieczkę do Datong, gdzie można zobaczyć „Wiszące klasztory”. Hmmmm. Niestety, wycieczka, która zaczęła się o 5 rano, skończyła się ok. 12. Dlaczego? A no dlatego, że chyba wszyscy !!! mieszkańcy Pekinu postanowili na dni wolne wyjechać za miasto. W związku z tym wspaniałomyślne władze wstrzymały ruch na autostradach, co było jednoznaczne z tym, że po godzinie jazdy stanęliśmy, dosłownie stanęliśmy na dość długi czas w meeeeega korku. Ludzie powysiadali z samochodów, zastanawialiśmy się czy na środku drogi nie rozstawić grilla i nie zrobić imprezy, na szczęście w końcu się coś ruszyło. Udało nam się przy najbliższym zjeździe zawrócić i zmieniliśmy trochę plany. Bocznymi dróżkami pojechaliśmy w góry, tam spędziliśmy 2-3h chodząc i podziwiając piękne widoki po czym załadowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Mijając autostradę, dziękowaliśmy, że wyjechaliśmy tak rano, bo gdyby nie to, to już byśmy z głównej drogi nie zjechali i czekalibyśmy do następnego ranka, aż odblokują autostradęJ (co się działo na drodze? – zdj. Nr 1. To i tak nie opisuje tego 20 km korka ciągnącego się przez główną drogę Pekinu).
Wniosek? – Nigdy, przenigdy nie wybierajcie się na wycieczkę samochodem w dniu kiedy Chińczycy mają jakiekolwiek święto!
Kilka dni później zostałam na tydzień sama w domu, co oznaczało totalne lenistwo i trochę rozrywki. Tak minęła reszta wolnych dni i trzeba było iść na zajęcia. Kolejny tydzień minął mi pod znakiem koncertów. Zwiedziłam kilka przyjemnych sal koncertowych, poobcowałam z polskimi muzykami, którzy przyjechali na koncerty, w tym z Varsovia Piano Trio i Krzysztofem Pendereckim. Fajne przeżycie. Polansowałam się na bankietach, popróbowałam dobrego jedzenia i powiem wam, że jak na razie mi wystarczy. Ile można stać w wysokich butach, uśmiechać się i jeść? Nie! To wcale nie jest takie fajne jak mi się wydawało. Tak minął kolejny tydzień. W następnym dowiedziałam się o egzaminie śródsemestralnym z języka co oznaczało jedno! Zaczynamy się porządnie uczyć. Ominęłam wycieczkę na Wielki Mur (ale biorąc pod uwagę pogodę, jaka była i to, że jeszcze przynajmniej z 10 razy będę miała okazje tam jechać to nie żałuję), grałam i uczyłam się na zmianę, a za oknem taka piękna pogoda, ponad 15 stopni i piękne słońce. Aż żal. W końcu stwierdziłam, że trzeba się ruszyć z domu … ile można siedzieć w tych czterech ścianach. Poszłam na zakupy, przeżyłam swoją pierwszą przygodę z targowaniem i powiem wam, że było całkiem nieźle. Kupiłam buty za 150, a początkowa cena była 460J Hehe. Już mi się to podoba. Później odwiedziłam koleżankę, która o 1 w nocy stwierdziła, że zabiera mnie na impreze i OK. Pojechałyśmy. Wytańczyłam się za wszystkie czasy, poznałam nowych ludzi i zjadłam chińskie placki, które okazały się przepyszne, pogadałyśmy z taksówkarzem po chińsku, a raczej próbowałyśmy, potem mu zaśpiewałam chińską piosenkę i nawet poznał jaka to, więc było śmiesznieJ Następny wypad w ten weekend – w końcu HALOWeen! Musimy jeszcze jakieś przebrania znaleźć, ale z tym raczej problemu nie będzie. W tym tygodniu już kompletnie nie miałam na nic czasu. Na dworze 20 stopni, a ja z głową w książkach … ale chyba się opłacało! Test napisałam, wyniki, mam nadzieję, będą w poniedziałek, zobaczymy czy coś ze mnie będzie czy nieJ Obiecałam wam też jakieś zdjęcia, dlatego też poszłam dziś do mojego ukochanego parku, w którym ostatnio spędzam dużo czasu i porobiłam troche zdjęć. Jest przepiękny. Na dodatek uwielbiam klimat, który tam panuje. Przekraczam bramę wejściową i czuję się jak w zupełnie innym świecie, w świecie, gdzie nikt się nie spieszy, każdy robi co chce i jest szczęśliwy. Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy wieczorami zbierają się na głównym placu i przy muzyce, w kółeczku tańczą chińskie tańce, na starsze pokolenie, które dzień w dzień przychodzi się gimnastykować (za co ich niesamowicie podziwiam). Lubię słuchać muzyki, która rozbrzmiewa tam zza każdego krzaczka – śpiewająca kobieta z chińskim instrumentem, starszy pan siedzący na ławeczce i podgrywający coś na skrzypkach, grupka ludzi, która przyszła odpocząć i coś mruczy pod nosem … cudowne. Ludzie spacerują, puszczają latawce i wyglądają na szczęśliwych. A to się tu rzadko zdarzaJ
Załączam trochę zdjęć z parku. Żeby nie było, że się nie uczę to jakieś z książkami nad naszym basenem też umieszczę, trochę chińskich znaczków i coś z kawiarnianych wypadówJ
A teraz jeszcze na koniec zwracam się z uprzejmą prośbą do mojego najukochańszego Misia, żeby mi w końcu wysłał swój adres, bo jak nie zrobię tego publicznie to dalej będzie zapominałJ
Całuję wszystkich gorąco i do następnego!:*
October 6, 2010 - Posted by Catalina - 0 Comments
Czeeeeeeeść. Mówiłam wam już jak się za wami stęskniłam?
Doszłam do wniosku, że rodzice sobie wyjechali, więc najwyższa pora po kilku dniach, wyjść z łóżka, doprowadzić się do porządku i wyjść na miasto. Właśnie siedzę sobie z koleżanką w Starbucksie i wymyślamy plan na kolejnych kilka dni. Przecież trzeba się po miesiącu w końcu gdzieś ruszyć, jakaś impreza, albo chociaż spotkanie towarzyskie:) Wszystko już ustalone, aż do poniedziałku, kiedy to trzeba będzie wstać o 6 i grzecznie pomaszerować po 10 dniowej przerwie na uczelnię. Mamy już swój Dream Team … hmmm uczelniany oczywiście i coś czuję, że będziemy się dobrze bawić. W końcu to my podkręcamy atmosferę na zajęciach i nawet nasza nauczycielka się zaczęła trochę uśmiechać. A u Chińczyków z tym to raczej kiepsko, bo oni za często sie nie uśmiechają.
Tutaj warto nawiązać do pewnej sytuacji, która miała ostatnio miejsce w metrze. Jak wszyscy wiedzą Polki zawsze świetnie się bawią i lubią się śmiać:) Wszystko zaczęło się od tego, że musiałam doładować tzw. kartę miejską … działa ona tu trochę inaczej niż bilety miesięczne u nas, ale przynajmniej nie trzeba przed każdym wejściem do metra kupować nowego biletu, a to ułatwienie (żeby kupić bilet trzeba mieć 2 juany, ale w monetach – a tutaj cos takiego jest bardzo rzadko spotykane, bo oni nawet 50 groszówki mają w papierkach, wiec zanim się papierki wymieni na monety, albo znajdzie otwartą kasę biletową to juz dawno jest się spóźnionym na umówione spotkanie albo na zajęcia. No więc tak. Żeby znaleźć automat doładowujący karty też trzeba było przejechać na inna stacje, ale udało się! Jest automat. Podeszłyśmy włożyłyśmy kartę, doładowała się. Już całe szczęśliwe chcemy kartę wyjąć i iść do wagonu, aż tu nagle karta samoczynnie wyskakuje z automatu, przelatuje nam koło głów i ląduje kilka metrów za nami. Pierwsze reakcja to odskoczenie od automatu, bo trochę się przestraszyłyśmy, a potem oczywiście wybuchłyśmy wielkim śmiechem. Śmiejąc sie tak minute, dwie, dziesięć … zebrałyśmy kartę z ziemi, poszłyśmy na peron, wsiadłyśmy do metra … i dalej się śmiejemy. Jak się to opisuje to może nie brzmi to tak zabawnie, ale uwierzcie mi, ze jakbyście stali przed tym automatem i nagle karta by wam wyskoczyła i przeleciała przez pół hali to też by wam się śmiać chciało. Ale to nie o bilet tu chodzi tylko o ten nasz śmiech. Ludzie w metrze nie byli w stanie pojąć co nam się stało, wszyscy się patrzyli tak, jakby pierwszy raz w życiu spotkali śmiejącego sie człowieka. My sie tym nie przejęłysmy, śmiałysmy się dalej, a oni mieli przynajmniej trochę rozrywki i niektorzy nawet ze zdziwionych min probowali zrobić cos na ksztalt pol usmiechu, ale marnie im to wychodzilo:)
To tyle z ciekawostek, tak wiem … nudna historia. Nastepnym razem postaram sie opisać kolejną chinska wycieczke, ktora po raz kolejny się nie udała, ale do tego potrzebne jest zdjęcie, a zdjęc zgrac dalej nie moge, bo kabelek zaginął.
Na razie wklejam zdjęcie mojego Dream Teamu, które przesłałam sobie od Kasi (sama robiłam:p haha) , co prawda oni nie zupełnie tak wyglądają, bo wyszli tu troche jakby mieli skosne oczy i te ucieszone twarzyczki hehe ale nic. Jesteśmy w koncu w Chinach … trzeba sie dostosowywać. Może mi też już zaczynają się oczka krzywić? Hmmm. Nie … jeszcze chyba nie:)

Buziaki! Miłego czytanie i oglądania.
October 2, 2010 - Posted by Catalina - 5 Comments
Chciałabym wszystkich z góry przeprosić, że jakoś zaniedbuję tą stronę, ale nie miałam ostatnio za dużo czasu i głowy do tego, żeby zdawać relacje z Pekińskiego życia.
Cały następny tydzień zamierzam spędzić w piżamie przed telewizorem, objadając się lodami lub wręcz przeciwnie … imprezując i zapominając o całym świecie i przede wszystkim o tym, że jestem, gdzie jestem, z dala od was więc znowu nie będzie żadnych informacji, ale później jak już się ze wszystkim ogarnę to obiecuję, że nadrobię zaległości. I specjalnie dla Gochy wkleję jakieś zdjęcia, o ile uda mi się znaleźć w całym tym bałaganie kabelek do aparatu. Zaijian!
A wszystkim studentom życzę miłego, pierwszego tygodnia na uczelni!
September 25, 2010 - Posted by Catalina - 1 Comment
Jak tam wam sobotni poranek mija? Mi popołudnie całkiem przyjemnie, biorąc pod uwagę to, że od wczoraj do jutro praktycznie jestem całkowicie sama w mieszkaniu to mogę się lenić ile wlezie:P
Za długo się rozpisywać dziś nie będę, ale mam do opisania jedno wydarzenie, które miało miejsce w tym tygodniu. Mianowicie była to wycieczka do TianTanGongYuan czyli Świątyni Nieba zorganizowana przez moją uczelnię dla wszystkich zagranicznych studentów. Było nas ze 200 osób, wszyscy myśleli, że będzie fajnie, trochę się dowiemy i będzie co zwiedzać przez te 5h:) Okazało się jednak, że wycieczka jest zorganizowana totalnie po chińsku, a na dodatek pogoda była tak beznadziejna, że trudno było o gorszą^^ Co prawda mógł spaść śnieg, no ale przecież my tu jeszcze lato mamy ^^
Zacznijmy od początku. Jakieś 2 tygodnie temu nasza nauczycielka zbierała od nas po 20 Yuanow. We wtorek o godzinie 9 wszyscy grzecznie czekali pod autokarem, żeby zająć miejsca i wyruszyć na ową wspaniale zapowiadającą się wyprawę. Przed wejsciem do autokaru, wraz z odchaczeniem na liscie osob, 20 yuanow bylo zwracane. Myslelismy ze trzeba sobie bedzie zaplacic samemu, ale jak sie potem okazalo wejscie bylo darmowe. Po raz kolejny przekonalam sie, że niektore akcje chińczyków, dla mnie i w sumie nie tylko dla mnie, nie maja najmniejszego sensu. Po co zbierac kase i potem ja oddawac?:P No nic. Po 30 minutach jak już nauczycielki 28 tys. razy przeliczyly osoby w autokarze, udalo nam się ruszyc. Pogoda była koszmarna, lało potwornie, zimno było jak cholera a ja jeszcze mialam na sobie cienka bluze i jakieś balerinki, bo wszystkie cieplejsze rzeczy są głęboko zakopane w remontowanym mieszkaniu i nie ma do nich dostępu. No nic. Trzeba było jakoś przetrwać. Wysiedliśmy z autokaru, przez chwilę staliśmy w miejscu, pogadali do nas po chinsku wiec malo kto cos zrozumial, a potem wielka grupa ruszylismy przed siebie. Wesolo zaczelo sie robic jak przeszlismy przez bramki. Nagle potworzyly się grupki, nauczyciele znikneli i nie bylo po nich nawet śladu. Przewodnika widać nie było, a jak kogoś przyszlo sie zapytac o co chodzi i co my tak właściwie mamy robić, to wiedział tyle samo co my czyli NIC! Poszliśmy przed siebie, przez piękny park prowadzący do, jak się potem okazało, owej Świątyni, która mieliśmy zwiedzać. Powiem wam, że widok tych wszystkich zdezorientowanych ludzi, szukających kogoś z własnej grupy byle się tylko nie zgubić był bezcenny. Postanowilismy z kilkoma osobami, że juz nie czekamy na zadnych przewodnikow czy nauczycieli tylko idziemy zwiedzac sami. Tylko co? Światynia Nieba to kilka budynków, z zewnątrz wygladajacych tak samo, do których do środka wejść nie można, ew. zwiedzający mogą sobie zajrzeć przez drzwi i zobaczyć kilka w zasadzie mało ciekawych przedmiotów. Albo może mi się tylko tak zdawało? Gdy już wszyscy przelecieliśmy koło tych “zabytków” to padlo dość interesujące pytanie. Co my do cholery mamy na tym mrozie i w deszczu robić przez kolejne 3h????? Wszystko zwiedzone, na spacer po parku nikt nie miał ochoty i w sumie za dużo żadne z nas z tego oglądania nie wynioslo. Rozdzielilismy się. Idziemy z kolezanka i idziemy, az tu nagle … jakas budka z kilkoma krzeslami gdzie serwowali herbate, kawe i jakies tam chinskie jedzonko. Spadło nam to z nieba wrecz. Zajelysmy miejsca, zamowilysmy herbate, zeby się ogrzać, a po 10 minutach zaczely sie schodzic kolejne grupki ludzi, którym zwiedzanie sie znudzilo. Po 40 minutach jak zrobil sie tlum stwierdzilysmy ze pora znalezc jakies wyjscie z tego parku i poszukac jakiegos McDonalda albo innego szitu … w końcu mamy jeszcze 2,5h do odjazdu … Wyjscia szukalysmy 30 minut, potem szlysmy i szlysmy, aż patrzymy … jakaś cywilizacja i obok KFC! Cale uradowane poszlysmy w tamtym kierunku, po drodze minelysmy kawiarenke, w której siedzialo kolejne 15 osob z naszej wycieczki, a jak zaszlysmy do KFC spotkałysmy kolejna grupę znajomych ludzi … tak minelo nam znowu troche czasu ale do autokaru jeszcze ponad godzina. Podjełyśmy z Kasią męską decyzję! Wracamy same … metrem. Jakoś sobie poradzimy. Jak sie pozniej okazalo do domu miałam 20 minut drogi, a gdybym wracała ze wszystkimi musialabym czekac godzine do autokaru, potem godzine jechac na uczelnie i godzine wracac do domu. Przy okazji spotkalysmy dwie dziewczyny z samorzadu ktore poprosilysmy, żeby przekazaly naszej nauczycielce, że wrocilysmy same. Tym sposobem, wspaniała wycieczka zakończyła sie dużo wczesniej jednak z tego wszzystkiego wysuwa się jeden wniosek – trzeba bedzie Świątynie Nieba zwiedzić samemu jeszcze raz i to w taki dzień, w którym będzie świeciło słońce! ^^
Drugi wniosek … jeśli zapowiada Ci się na uczelni jednodniowa wycieczka po mieście w ktorym mieszkasz … lepiej wykorzystaj ten czas zwiedzenie czegos samemu – napewno bardziej Ci się to opłaci!
A z ciekawostek tygodnia. W środę było święto Środka Jesieni, wszyscy chińczycy mieli wolne i opychali się księżycowymi ciasteczkami, których w życiu na oczy nie widziałam, ale podobno za smaczne to one nie są.
Święto podobno ma podobny charakter jak nasze walentynki, zbliża ludzi, a przy okazji jest świętem mocno rodzinnym itp. itd. Niestety w tym roku nie było mi dane imprezować i jednoczyć się z chińczykami, bo o 21 spałam już twardym snem:)
Jeszcze tylko coś z kategorii – zdziwienie tygodnia … Wychodząc z metra miałam okazję zobaczyć małego chłopca, prawdopodobnie 3 letniego, bawiącego się samochodem … nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby chłopiec był pilnowany przez rodziców i miał SPODNIE I MAJTKI ^^ Tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszą notatkę. Życzę wszystkim udanego weekendu i nie imprezujcie za dużo! :p See yu lejta!
September 21, 2010 - Posted by Catalina - 4 Comments
Cześć kochani!
Dawno nic nie pisałam, ale jakiś ten ostatni tydzień był zakręcony. Po pierwsze … mam remont w mieszkaniu więc musiałam zamieszkać chwilowo (na jakiś miesiąc, półtora może haha) w innym miejscu, na szczęście jest ono w tym samym bloku tylko w klatce obok. Oprócz tego, że dużo mniejsze to nawet fajne tylko czuję się jak na wakacjach … mam jeden pokój z rodzicami hehe, ale jakoś dajemy radę. Niestety okazało się, że podczas remontu w mieszkaniu poniżej, superchiński majster przerwał kabel telefoniczny więc nie mam ani domowego telefonu, ani też Internetu, co jest dla mnie porażką, bo mój kontakt z wami został ograniczony do minimum. Przez pierwsze dni musiałam chodzic na kawę, żeby się podłączyć do WiFi, ale potem się okazało, że w hoteliku obok jakiś tam Internet jest. Co prawda z dnia na dzień coraz bardziej mnie wkurza, bo non stop się rozłącza i nawet chwili nie da się spokojnie poodpisywać na maile, nie mówiąc o gg i skypie … niektórzy zdąrzyli się przekonac o czym mówię, ale lepsze to niż nic ^^ Mam nadzieję, że jak w mieszkaniu skończą wyburzanie ścian i zamurowywanie innych, a cały pył i kurz trochę się ulotni to będę mogła wracać chociaż na chwile do swojego mieszkania, żeby na spokojnie poodpisywać i nadrobić zaległości kontaktoweJ I oczywiście jeżeli kuchnia sąsiadów z góry nie spadnie nam na łeb, bo patrząc na to jakiej grubości są te ściany i to że połowa została zburzona to jest to wielce prawdopodobne! Teraz przynajmniej wiem, że nie należy się o nie opierać, bo rezultat może być tragiczny!
Po drugie w tym tygodniu miałam dwa dyktanda z chińskich krzaczków i możecie mi pogratulować, bo dwa razy dostałam ocene odpowiadającą bardzo dobrejJ Ale trzeba było się trochę pouczyć dlatego też miałam mniej czasu o kolejne kilka godzin.
Po trzecie miałam spotkanie z nauczycielem skrzypiec i wstępnie umówiliśmy się na pierwsza lekcję, co oznacza, że musiałam w końcu przeprosić się ze skrzypcami i trochę poćwiczyćJ Mam jeszcze czas do poniedziałku. Życzcie mi powodzenia!
Poza tym z ciekawostek … pierwszy raz musiałam wybrać się na uczelnię kiedy lał deszcz. Może wam się wydawać, że to normalne, ale biorąc pod uwagę fakt, że z dnia na dzień z 36 stopni nagle zrobiło się 15, a ja mam wszystkie ciepłe rzeczy i zakryte buty w obklejonej folią szafie w remontowanym mieszkaniu to możecie sobie wyobrazić, że było wesoło. Zaczęło się od codziennego spaceru z mieszkania do stacji metra. Chińczycy to masakra, a chińczycy z parasolami to podwójna masakra. Jak już udało mi się przejść między milionem chińczyków, którzy poruszają się w tempie żółwia i nie rozumieją, że ktoś się może spieszyć, to doszłam do metra, gdzie oczywiście jest tak duszno, że nie da się oddychać. Po podróży w mega zatłoczonym metrze (warszawskiego w ogole nie ma co porównywać) wysiadłam i się zaczęło. Jak chciałam wyprzedzić ludzi, bo troche mi się spieszyło to 3 razy dostałam parasolką w głowę, potem całe moje spodnie były w błocie bo pekińskie chodniki są w większości tak poukładane, że pod spód dostaje się woda i jak stanie się na nieodpowiednim kafelku to wszystko to co znajduje się pod nim momentalnie ląduje na ubraniu. Już byłam trochę zła … na dodatek przemokły mi buty bo wszędzie były kałuże i nie sposób było ich omijać. Szczytem był moment kiedy taksówkarz przejeżdżający obok ochlapał mnie wodo-błotem od góry do dołu. W tym momencie zaczełam się śmiać, złożyłam parasolkę i poszłam na zajęcia. Było mi już totalnie wszystko jedno. Całkiem ciekawe przeżycie. Kolejne deszczowe dni nie były już tak traumatyczne … na szczęście pogoda się trochę polepszyłaJ
Co by tu wam jeszcze ciekawego powiedzieć … ach no tak. Na pewno słyszeliście o wielkiej zadymie dotyczącej zderzenia się statków japońskich z chinskim i całej aferze, która temu towarzyszy. Biorąc pod uwagę, że mieszkam dokładnie naprzeciwko ambasady japońskiej to mam okazję oglądać różne ciekawe scenki rodzajowe. Ostatnia miała miejsce w piątek wieczorem, kiedy to wracałam z kolacji. Omijając fakt, że od tygodnia na ulicach stoi milion samochodow policyjnych i służb bezpieczeństwa to owego wieczoru miałam okazję zaobserwować grupę chińczyków z tarczami … zastanawiałam się jaki będzie wynik tego wszystkiego. Długo czekać nie musiałam. Następnego dnia z samego rana dochodząc do bramy zobaczyłam tłum ludzi stojących pod płotem i ogromna ilość policjantów, żołnierzy i oficerów służby bezpieczeństwa, a także fotoreporterów i dziennikarz. Po godzinie zamknęli cała ulicę, a tłum się jeszcze bardziej powiekszył. Problem był taki, ze umówiłam się z koleżanką na obiad i musiałam wyjść z domowego terytorium … jakoś się udało – samochodem. Ale problem się zaczął przy powrocie. Dochodząc do ulicy wychwyciłam moment kiedy miły pan chińczyk w granatowym mundurze odwrócił się i wtedy przeszłam pod taśmą zamykającą drogę przy moim domu. Niestety pan chińczyk mnie zauważył i zaczął do mnie gadać. Powiedziałam mu 3 ładnie wyuczone zdania po chińsku, że wracam do domu, że jestem polką i że mieszkam o tu! Z tego co mi potem powymachiwał rękoma zrozumiałam, że chce jakiś dokument, no to dałam i UDAŁO SIĘ! Przepychając się między manifestującymi i protestującymi ludzmi wróciłam do domu. I teraz mi powiedzcie, ze nie jestem fajna. Nawet z chińczykiem się dogadałam hhahha. Obym już nie miała takich przygód. Życzcie mi tego. Następnego dnia z wiadomości dowiedziałam się o co tak właściwie tym ludziom chodziło, bo będąc odciętą od świata nawet nie wiedziałam, że te dwa kraje maja jakiś problem ^^ No nic. Niech się lepiej dogadają, bo wkurzają mnie Ci panowie w mundurach przed moim płotemJ
Na dziś chyba kończę. W sumie to chyba trochę do czytania i tak macie więc pozostałe przygody i ciekawostki zostawię na nastepny raz. Teraz pewnie nie za wiele będzie się działo, bo jutro jadę z uczelnią na wycieczkę, potem są jakies święta i sporo wolnego. Ale jak coś ciekawego będzie i będę miała Internet to oczywiście wszystko będę wam relacjonować.
Ściskam was gorąco i do następnego …
P.S. Malwinko … nie mam zielonego pojęcia dlaczego ten miły pan w metrze wsadził sobie chusteczki w nos, ale może kiedyś będzie mi dane poznać odpowiedz na to jakże nurtujące nas wszystkich pytanie ^^
Buziaki:*
September 11, 2010 - Posted by Catalina - 3 Comments
Ni shenti hao ma?
Bo ja nie najlepiej:P Chciałabym przeprosić wszystkich, których w ostatnim tygodniu zaniedbałam, ale oprócz tego, ze miałam mega dużo do roboty i w zasadzie ani chwili wytchnienia to jeszcze złapało mnie jakieś złe choróbsko. Od 3 dni mam mega katar i jestem osłabiona, na szczeście z gardłem już lepiej. Teraz pewnie zapytacie jaki normalny człowiek przeziębia się jak na dworze jest 30 stopni ciepła! Ano powiem wam, że JA! Wszystko przez tą cholerną klimatyzację (z ktora i tak zawsze mialam problem – zatkany nos itp.) Ale tu jest masakra. Wpadamy ze skrajnosci w skrajnosc. Albo upal albo taki mroz w pomieszczeniach ze sie nie da wysiedziec. a skutki widoczne juz po kilku dniach:)
Mam nadzieje ze juz niedlugo mi to przejdzie, bo to ciagle kichanie jest dosc meczace,a przy okazji i krepujące szczegolnie na zajeciach:) Ciekawe ile osob już zarazilam
W ostatnich dniach w sumie za duzo sie nie dzialo nowego. Chodzilam na zajecia … uczyłam sie pisania krzaczkow. Już umiem 16 xD Kolejne 30 mam do wkucia a w poniedzialek mamy dyktando krzaczkowe. Niezla opcja. Ciekawe jak mi pojdzie. w kazdym razie zyczcie mi powodzenia:)
Z nowości hm hm!!! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! O tym wam chyba nie pisałam jeszcze. Jechałam pierwszy raz sama metrem w tym tygodniu. Powiem wam, że przygoda niezla. Zaczeło się od tego, że trzeba kupić bilet w automacie, który oczywiście ma tylko chinskie napisy, no ale udało się … bilet kupiony. Najgorsze jest to, że nie mozna kupic sobie biletu na “zapas” tylko za kazdym razem jak wchodzisz musisz podejsc do automatu … wygrzebac dwie monety (z ktorymi tez jest maly problem bo oni nawet 0.50 maja w papierkach, wiec jak juz znajdziesz miejsce gdzie papierki mozna wymienic to zrob sobie zapas monet od razu) i kupic bilet. Miesiecznych oczywiscie nie maja ale slyszalam ze sa jakies karty z impulsami ktore mozna doladowywac. Chyba bede musiala sobie cos takiego zorganizowac tylko jak jak nikomu po angielsku nie wytlumacze czego chce?;D
Jak już weszlam do metra to trzeba bylo odnalezc linie ktora bede jechac (w pekinie jest ich kolo 7 + jedna na lotnisko) i nauczyc sie jak wyglada nazwa stacji w krzaczkach:) Potem wysiadka z metra. Zmiana linii bo do uczelni nie mam bezposredniego polaczenia no i hop. Druga linia znaleziona, przystanek obczajony, potem 20 minut piechota i po godzinie znalazlam sie na miejscu. Nie bylo to w gruncie rzeczy takie straszne, ale mimo wszystko jeden bialy czlowiek pomiedzy wszystkimi chinczykami w metrze, ktory musi jechac sam z przesiadka pierwszy raz to tak… rzeczywiscie mozna sie zestresowac:) Ja w kazdym razie bylam bardzo, ale z dnia na dzien jest coraz lepiej.
Dziś ciekawostka dnia będzie nawiązywać do moich obserwacji majacych miejsce w drodze na i z uczelni:
Po pierwsze … zanim wejdziesz do metra, oddaj torbe na przeswietlenie, bo musza sprawdzic czy nie masz np. broni przy sobie.
po drugie … unikaj przejscia na stacje metra w momencie kiedy wlasnie ono podjechalo, bo z tlumem chinczykow, którzy zajmuja cale przejscie podziemne i zmierzaja w kierunku przeciwnym niz ty, Ty jako maly ludek nie wygrasz, a jeszcze Cie zadepcza, przygniota do sciany i nic sobie z tego nie zrobią.
po trzecie … przyzwyczaj sie, że w Pekinie chyba nie istnieje cos takiego jak ruch prawostronny. Na chodnikach czesciej sie idzie przy krawedzi jezdni bo oni chodza jak chca, zazwyczaj jak ida z przeciwka to sa po prawej. Uwazaj na rowery ktore maja w nosie przechodniow mimo tego ze jada po chodniku i generalnie UWAZAJ, bo pieszy jest z calej hierarchii najmniej wazny – zastanawiam sie czy nie kupic sobie roweru, bo rowerzysci maja juz wiecej do gadania:)
po czwarte … tu nie istnieje cos takiego jak kultura podrozowania, Tu sie nie wypuszcza z najpierw z metra ludzi ktorzy wychodza, tu sie pchasz tak zeby tylko wejsc i zajac dobra miejscowke. W srodku niby sa porysowane znaczki ze miejsca dla matek z dziecmi, staruszkow, ale tym tez sie nikt nie przejmuje. Jak stoi kobieta i facet to oczywiscie facet szybciej zajmie wolne miejsce.
Po piąte … jak zobaczysz w metrze chinczyka, z dwoma kawalkami chusteczki w nosie to sie nie przejmuj. to sie czasem zdarza choc nie mowie ze nie chcialo mi sie smiac, szczegolnie, że to byl pierwszy widok, jaki w metrze zobaczylam.
No i po piate. Nie przejmuj sie jak ludzie sie na ciebie patrzą, a raczej wgapiaja bo to zupelnie normalne. Jednak ta mysl rozwine juz w nastepnym poscie. Może do tego czasu bardziej sie do tego przyzwyczaje, bo jak na razie to mnie to troche i wkurza i smieszy.
Na dzis to tyle kochani. Bawcie się dobrze i korzystajcie z weekendu mimo tej nie za ladnej pogody. W koncu niektorym się juz szkola zaczela wiec niech weekend im sluzy:)
BUZIAKI!
September 6, 2010 - Posted by Catalina - 2 Comments
Witam was ponownie!
Tym razem jednak jako 100% studentka, która pierwszy dzień na uczelni ma już za sobą!
Powiem wam szczerze, że jestem bardzo miło zaskoczona. Mam w grupie ok 18 osób z całego świata, głównie są to jednak ludzie z Boliwii, Tajlandii, Kazahstanu, Włoch, dwoje murzynów( o których niestety za wiele nie wiem^^) i tam tada dam!!! Polkę, znaczy się polko niemkę, która urodziła się w Warszawie, mówi po polsku, ale wyprowadziła sie jak miała 6 lat. Obie byłyśmy przeszczęśliwe, że na siebie trafiłyśmy, bo na uniwerku są głównie ludzie z wymian, którzy przyjeżdżają grupami, albo Ci co mieszkają w kampusie i już się zdarzyli zapoznac ze soba;)
Grupę mam fajną, kolezankę też juz znalazłam i mówie wam … my jeszcze będziemy tam rządzić buehehe:D no ale to jeszcze nie teraz:) Trzeba poznać teren. Może teraz wam powiem coś o zajęciach:D Przez 4 bite godziny dziś próbowaliśmy się nauczyć wymowy ichniejszego alfabetu, a potem obczajaliśmy różnicę między czterema chińskimi tonami, które są w tym języku jedna z kwestii najważniejszych! Jak mówi powoli to jeszcze ujdzie … ale jak każą Ci przeczytać szybko jedną sylabę w czterech tonach, albo zdanie z roznymi tonami i sylabami to jest to jeszcze AWYKONALNE:) Śmiechu mieliśmy co niemiara! I kolejne zajęcia naprawdę zapowiadają się fajnie:)
Póżniej Pani Chinka nauczycielka numer 2. prowadziła z nami zajęcia z tak zwanej gramatyki i to juz mielismy po angielsku. niestety chinczycy po angielsku mowic nie potrafia, a jak juz potrafia to i tak nie da sie tego zrozumieć! Na szczęscie byly slajdy a na slajdach wszystko ladnie opisane wiec chociaz tak nam ulatwili zycie. Na slajdach owych znajdowalo sie wprowadzenie do tematu – Jak pisać chinskie znaczki, na jakie grupy się dzielą i jak tak właściwie sie je łączy:p Bo gdyby ktos oczywiscie nie wiedzial – 80% chinskich symboli to znaki zlozone z 2-3 innych znakow prostych:P
Kochani za pol roku bedę już umiala napisać swoje imię, a za 113414156 lat może przeczytam jakąs gazetę! Podobno kryzys przychodzi po roku. Wtedy wszyscy dochodza do wniosku, że tego sie nauczyc nie da, ale ja bede twarda i sie tego jezyka naucze! A co! Kto da radę jak nie ja! Grunt to pozytywne myślenie (ciekawe jak dlugo bede jeszcze sie tego trzymac)
O szkole to w zasadzie tyle, bo ile mozna pisać będąc tam jeden dzień?:)
Ciekawostka na dziś? Jak przyjedziecie do Pekinu i spotkacie na ulicy, w sklepie, na stacji benzynowej, u fotografa … GDZIEKOLWIEK!, chinczyka, ktory mowi po angielsku to najlepiej zatrudnijcie go od razu jako tlumacza, bo to nie jest zbyt czeste zjawisko:) Mogę was jednak pocieszyć, że jak wejdziecie do sklepu to spokojnie, na migi i mówiąc po polsku sie dogadacie! Obsługa jest przyzwyczajona do tego że jak szukasz np. czegos na komary to podchodzisz pokazujesz swoje pogryzione rece i machasz im ze chcesz cos zeby tak te rece nie wygladaly:P Powiem wam ze dziala!:D Suszarke tez kupilysmy z mama w podobny sposob i co? Niech mi ktos powie, że bez znajomości jezykow obcych nie da sie dogadac. Oczywiscie, że się da! A na pewno w Chinach xD
W zasadzie to na dziś będę kończyć, ale mam jeszcze jeden komunikat do Yamma-ekipy! Janowieckie komary to było NIC! Może było ich miliard i gryzły, ale w porównaniu z tymi co tu są, to naprawdę było lajtowo. Te są 3 razy mniejsze, nie czuć jak gryzą, ale swędzi potem jak cholera, a jak rano się budzisz to dosłownie cała twoja skóra jest pokryta drobnymi zaczerwieniami! Raaaatunku! Weźcie je ode mnie:)
Całuję was gorąco i do następnego posta:*
P.S. Doszły mnie informacje, ze ta strona nie zawsze działa! Z tego co wiem to jak zrobicie chwile przerwy i spróbujecie wejść jeszcze raz to powinno załapać:) Jak nie to probujcie, aż się uda;P Nie wpisujcie tylko Catalina blog w google, bo wyskakuje jakis blog erotyczny (od razu uprzedzam, że nie mojego autorstwa).
Buziaki!
September 4, 2010 - Posted by Catalina - 6 Comments
Witam wszystkich!
Pomyślałam, że będąc od was tak daleko, fajnie byłoby zamieścić od czasu do czasu jakąś krótką notatkę na temat mojego pekińskiego życia. Myślę, ze z biegiem czasu stanie się to czymś w rodzaju wyjazdowego pamiętnika, do którego i mi będzie miło zajrzeć.
Mam nadzieję, że oprócz wpisów znajdzie się tu miejsce na jakieś pojedyncze zdjęcia, chińskie ciekawostki i opis tego, co mnie zadziwia – tego będzie raczej sporo, bo już po 4 dniach pobytu mogłabym kilka rzeczy wymienić.
Na dobry początek mogę powiedzieć, że leciało mi się nawet całkiem przyjemnie oprócz tego, że na lotniskach i w samolocie spędziłam dokładnie 24h. Widoki ładne, miła obsługa, dobre jedzonko, ale ostrzegam nigdy, ale TO NIGDY nie wsiadajcie do złotych samolotów Lotu … mogą mieć zepsute hamulce albo inne usterki. Ja miałam szczęście, bo wyszło to przed startem … ale nie każdemu się może tak poszczęścić:P
Dobra … koniec tego straszenia!
Pogodę jak na razie mam piękną … 30 stopni, ze słońcem trochę gorzej(dziś się dopiero pojawiło), ale może to i lepiej, bo łatwiej ten upał wytrzymać.
Do tej pory miałam okazję kilka razy przejechać się po mieście i jest ogromne! Drogi mają wspaniałe tylko jeździć nie potrafią. Nikogo nie obchodzi to, że jedziesz. Jak zmieniają pas to głowę mają odwróconą w drugą stronę. Szybko się nie jeździ, może dlatego nie ma za wielu wypadków, co nie zmienia faktu, że w Polsce jakby środkiem 3 pasmówki jechali rowerzyści i przechodzili piesi, to na pewno ktoś by tego nie przeżył … a tu nie! Wszyscy cali i zdrowi. Na światła się nie patrzy, pasów się nie zapina, jeździ się pod prąd i wszyscy mają to gdzieś, parkuje się na zakrętach, drogach rowerowych, na środku ulicy i nie ma problemu, a policja? Stoi sobie … popatrzy, przejedzie i NIC! Żyć nie umierać po prostu
– to był opis pierwszego zjawiska, które mnie tu mocno zdziwiło i zarazem zaciekawiło … “Jak można jeździć tak jak Chińczycy i nie powodować wypadków!”Samochody mają tak wypasione, że aż pozazdrościć i o dziwo w ogóle nie porysowane … Jak widać z rowerów przesiedli się do samochodów i to od razu z tej wyższej półki!( a podobno Chiny to biedny kraj)
W pierwszej notatce to chyba na tyle.
Pozdrawiam Was gorąco z drugiego końca świata i życzę miłego czytania! :*